# 34
Ta dramatyczna przerwa w pisaniu nie była spowodowana żadną katastrofą w moim zwykłym, szarym życiu. Po prostu czasem powtarzalność pewnych sytuacji zbija mnie z tropu i zastanawiam się nad sensem ich opisywania.
Cóż, tak jak mogłam się spodziewać, jestem znów kochaną córcią. To znaczy - ona do mnie mówi, a ja kiwam głową. Z mojej perspektywy wygląda to na podlizywanie się; z jej - zapewne na miłosierdzie względem bliźniego, takie z nadstawianiem drugiego policzka. Whatever.
Sęk w tym, że po tym, co się po raz kolejny stało, naprawdę byłam gotowa na to, żeby wziaść w pracy dzień wolnego, spakować wszystkie moje rzeczy, a w pustym pokoju zostawić jej jedynie karteczkę z numerem konta, na które miałaby mi przesyłać alimenty. Mam tę pewność, że jestem z kimś na dobre i na złe - zrozumiałam to właśnie teraz. Bo nie mogłam tego sprawdzić, kiedy było różowo i cukierkowo. A teraz wiem, że mogę na Kricz liczyć w każdej sytuacji. Zapewnienia nie dają takiej wiedzy - tylko konkretne sytuacje, takie jak ta właśnie.
Ale zostaję. Bo rzeczy mogę spakować w każdej chwili, już wiem, że sobie poradzę. Tylko po co? Wytrzymałam tyle, wytrzymam jeszcze trochę. Miałabym to wszystko zostawić? Nie chcę ukrywać, że brakowało by mi tego, że mam tu swoje łóżko, pochowane w nim stare pamiętniki z liceum, swoje szmaty, zdjęcia, że mogę rzucić brudne skarpetki w kąt, czy chodzić goła po pokoju. Jest mój. Mam tu swój-jego komputer, swoje rzeczy, strony, które odwiedzam. Zamienić na kafejkę? Na pokój dzielony z kimś obcym? Muszę stąd wycisnąć, ile się da.
Bo dzieci to taka inwestycja, która się nie opłaca. Zwłaszcza jak ma się te dzieci w dupie. Potem myślą tylko w kategoriach materialno - finansowo - olewatorskich. Zupełnie jak ich rodzice, od których się tego nauczyły.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz